Jak już wspominałam, mieliśmy zapowiedzianą wizytę z Urzędu Miasta St. Warszawa, w związku
z wnioskiem o zezwolenie na utrzymywanie psa rasy agresywnej. Wniosek składa się w urzędzie miasta (lub jak w przypadku Warszawy, w urzędzie dla danej dzielnicy) w wydziale ochrony środowiska. Do wniosku musimy dołączyć ksero rodowodu (lub metryki) oraz pokwitowanie opłaty skarbowej w wysokości 82zł.

Wizytę miałam uzgodnioną jakieś  1,5 tygodnia temu. Pani z urzędu zadzwoniła i zgodziła się na termin, który mi pasował. Duży plus za elastyczność :). Sama wizyta trwała około 45 minut. Na początku wizyty od razu zapytałam się, czy któraś z Pań boi się psa. Gdyby któraś się bała, zamknęłabym Alabamę w klatce. Na szczęście nie było to konieczne. Podczas wizyty miałam zadawane dość szczegółowe pytania: ile razy dziennie wychodzę z psem na dwór i jak długie są te spacery, gdzie wychodzimy z psem, jak pies zachowuje się na osiedlu, jak sąsiedzi reagują na psa, czy Alabama lubi dzieci i jak na nie reaguje, dlaczego w domu jest klatka i jak długo pies w niej przebywa, na jak długo zostaje sama w domu. Panie pytały też o takie rzeczy jak np. karmienie: ile razy dziennie dostaje jeść, jaką karmę dostaje, jak ją szkolimy, czy i ile jeszcze urośnie. Sprawdzona została książeczka zdrowia, czy ma szczepienia i czy jest odrobaczona. Generalnie wizyta przebiegała w atmosferze luźnej rozmowy o psach, sposobie wychowania i dbania o zdrowie. Na koniec dostałam informację, że decyzja zostanie podjęta w ciągu kilku dni. Pewnie w ciągu najbliższych dwóch tygodni zezwolenie przyjdzie pocztą, ponieważ tak zaznaczałam we wniosku.

Alabama podczas wizyty kręciła się po domu i zaczepiała Panie urzędniczki. Ciągle chciała, żeby ją głaskały i przybijała im piątki. Na szczęście całkiem sporo nad nią pracujemy, więc nie mamy problemu i nie skacze na wchodzących do domu ludzi. Gdyby tak robiła, to byłby wstyd i ja sobie na pewno bym pozwolenia na psa nie dała.

Na moją uwagę o bezsensowność procedury, że najpierw trzeba mieć psa a potem pozwolenie, Pani stwierdziła, że jak się nie dostanie pozwolenia, to powinno się psa oddać! To jakaś masakra! Pies to nie przedmiot, który może przechodzić z rąk do rąk. Ale cóż, te Panie wykonują tylko swoją pracę.

Podsumowując, sprawa wygląda tak: kupujesz psa -> wyrabiasz rodowód -> wypisujesz wniosek -> odbywa się wizyta środowiskowa przez osobę z urzędu – > dostajesz zezwolenie.

Teraz już pozostało tylko czekanie na przyznane pozwolenie.

 

Aktualizacja 31.10.2015

I stało się: decyzją z dnia 30.10.2015 mamy zezwolenie na utrzymywanie psa rasy Dog Argentyński, która uznawana jest za agresywną 🙂

O Autorze

6 komentarzy

  1. Włodek

    Scenariusz drugi: uczysz się teoretycznie, dostajesz pozwolenie… i klepsydra: przychodzą weryfikują Twoje umiejętności w praktyce, cofają pozwolenie…

    Odpowiedz
    • Luiza

      Niby jest to logiczne, ale naprawdę takie testy musiałyby być bardzo przemyślane i robione przez behawiorystów. Ogólnie nie rozumiem, czemu taki urząd nie ma na zlecenie behawiorysty tylko do takiej wizyty wysyła swoich pracowników, którzy nie mają obowiązku znać się na psach. Do tego dochodzi temat cofania pozwolenia, no bo procedury trwają, Ty już się przywiązałeś do psa a pies do Ciebie, a potem taki urzędnik cofa Ci pozwolenie i co robisz z psem? Oddajesz, bo ktoś uznał, że np. klatka w domu, to znęcanie się nad zwierzęciem ( a takich osób jest całkiem sporo)? Ponad to przy takich wizytach / testach rodzi się pytanie, kto i na jakiej podstawie miałby zadecydować, czy nadajesz się bądź nie na właściciela psa? Jaki miałby być wyznacznik? Poza tym można pójść o krok dalej i powiedzieć, że skoro trzeba mieć testy / wizyty do posiadania psa, to co niektórym przed posiadaniem dzieci by się takie przydały :p bo niektórzy to nie powinni nawet chomików mieć, a co dopiero psy czy dzieci :p

      Odpowiedz
      • Włodek

        Ten krok dalej to jest rozwlekanie tematu, tak każdą dyskusję można sprowadzić na manowce 🙂
        Wątek dotyczy psów, zatem jak procedura pozwolenia powinna wyglądać według Ciebie?
        W.

      • Luiza

        Po pierwsze zacznijmy od tego, że sama lista ras uznawanych za agresywne jest bezsensu. Psy z natury nie są agresywne, stają się takie przez działanie człowieka. Wg mnie lista nie powinna istnieć, a co za tym idzie takich pozwoleń nie powinno być. Ale w to miejsce powinny być obowiązkowe szkolenia dla każdego posiadacza psa, bez względu na rasę, czy wielkość. Po prostu – chcesz mieć psa, to musisz obowiązkowo zrobić szkolenie teoretyczne z podstawowych zachowań i sygnałów uspokajających, a potem szkolenie praktyczne z psem – choćby głupie podstawy jak powinieneś się zachować, gdy witają się psy. Od razu wszystkie małe agresywne yorki zostałyby wyeliminowane.

  2. Włodek

    “Psy z natury…” – tyle, że wiele ras psów nie jest naturalnych i działanie człowieka zaczyna się nawet przed poczęciem danego osobnika. To jakiś jednak sens ta lista może mieć, tak myślę.

    Odpowiedz
    • Luiza

      Ta lista nie ma sensu, właśnie dlatego, że pewne cechy są działaniem człowieka. To człowiek rozmnażał psy wzmacniając pewne cechy w psie. I nawet jeśli po wielu latach te cechy nadal w mózgu psim tkwią, to właściciel może to przekierować np. na jakąś formę zabawy. Przykład Pitbulli – rasa stworzona przez człowieka i używana kiedyś do walk. Dzisiaj te psy są jednymi z lepszych ras nadających się do sportu np. ciągnięcia ciężarów. Problemem jest właśnie takie myślenie, że duży pies = agresor i że taka lista ma sens. Sytuacja z przed kilku dni. Idzie chłopak z amstaffem. Wchodzi na teren swojego osiedla, gdzie przy bramie stoi jego sąsiad z dwoma West Highland White Terrier (który przed kilkoma sekundami chwalił mi się, że jego żona zajmuje się szkoleniem psów!!) i co się w tym momencie dzieje? Dwa westy wyskakują na amstaffa i rzucają mu się na gardło. Amstaff był mega wyluzowany i poszedł dalej, ale gdyby chciał się odgryźć, to swoją masą i jednym kłapnięciem zębami zrobiłby z nich miazgę. I czyja byłaby wina? Oczywiście Amstaffa, bo to agresywna rasa. To nic, że westy “wielkiej pani treserki” rzuciły się pierwsze, bo nie tolerowały swojego sąsiada. Na Alabamę też warczały jak przechodziła obok nich. I tak wina będzie leżeć po stronie tych “agresywnych ras”. To jest stereotypowe myślenie, na które ja nie mogę się zgodzić.

      Odpowiedz

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany